Dla spragnionych opowieści oto nagranie rozmowy przeprowadzonej przez pana Adama Pachurę. Jest to produkcja Telewizji Sudeckiej z cyklu "Ważne rozmowy".
Czwartek 20 sierpnia 2009
Zapraszam na koncerty!
Od pewnego już czasu zdarza mi się występować wraz z Marcinem Styczniem, który w marcu tego roku postanowił zrobić mi jubileuszowo- urodzinowy prezent. Nagrał i wyśpiewał kilkanaście moich wierszy, wydał płytę pt Bryllowanie i udało mu się tak zaczarować świat, że płyta jest dostępna w EMPIK-ach.
Nawet moja żona twierdzi, że tworzymy z Marcinem na scenie bardzo zgrany duet, a wspólnych koncertów daliśmy już kilka.
Zresztą sami zobaczcie zdjęcia i film z poprzednich koncertów!
Ale znów się nadarza okazja i znów będziemy specjalnie dla was. Marcin śpiewa, ja robię swoje. I nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale czasem też podśpiewuję…
Jeśli jeszcze nie byliście, to tym razem zapraszamy do Białołęki. 26 września 2009 (sobota, g.18) - Warszawa, Białołęcki Ośrodek Kultury, ul. Vincenta Van Gogha 1
koncert Marcina Stycznia z zespołem pt. "Bryllowanie" z udziałem Ernesta Brylla
bilety w cenie 20 zł. Rezerwacje tel. 022 884-46-25, 022 884-46-26
Niedziela 12 kwietnia 2009
Zmartwychwstanie
Około drugiej w nocy wróciliśmy z chyba czterogodzinnej liturgii wielkanocnej u Dominikanów na Służewcu. I jak od wielu już lat, w czasie trwania Triduum a szczególnie w tę Noc , kiedy ludzie zbierają się żeby czuwać i przeżywać Zmartwychwstanie - mam wrażenie że widzę inny kraj, a o czym innym czytam w analizach, artykułach. Ilość ludzi w tym ogromnym przecież kościele , nieprawdopodobna. I wygląd ich zupełnie nie kościółkowo-garniturowy, jak to się lubi opisywać. Parę godzin stania, siedzenia w tłoku, na posadzce, na przyniesionych krzesełkach, bo miejsc w ławkach nie starcza, nie pokaz mody. Wspaniała oprawa muzyczna jak to na Służewcu, ale przecież tego się słucha, upchnięty gdzieś w tłumie. Niewiele się widzi. Tylko się czuje i Jest. Po to przychodzą. Być.
W drodzę na Wigilię Paschalną
Ogromna ilość młodych, wchodzących w życie. Powiada się, że większa część pracującej w Warszawie młodzieży wyjechała na święta do domów. Pewno tak. Ale kościół zapchany. Ludzie różni ale widać większość jakoś ustawiona w życiu. Wyedukowana, dająca sobie choć z trudem radę z problemami – nie jest to tłum nieudanych, odrzuconych. Chyba raczej niezauważanych przez wielu tych co o Polsce gadają i wiedzą „ jaka jest”. Bo ponoć nie ma już nikogo, już nie przychodzą, już nie potrzebują tej szczególnej atmosfery oczekiwania na Zmartwychwstanie , przekazywania sobie znaków przyjaźni.
Kto by wytrzymał oczywistą przecież „uciążliwość” wielogodzinnego trwania w ścisku. A ludzie wytrzymują, chcą, przeżywają, pragną być razem, wiedzieć że nie są sami.
Nie umiem pojąć czemu tak się dzieje, że oczywiste dowody tego ze ludzie chcą być z sobą, z Bogiem, ze sztuką, swoim krajem – nikogo chyba z tych ujadających po oficjalnych środkach przekazu – nie obchodzą. Sa jakby z kraju wścieklizny gdzie się człowiek przemyka, bo musi a tu jest Kraj Spotkania. Tylu było tu kiedyś wspaniałych dziennikarzy, reporterów. Tylu rozumiało co się dzieje w trudnych latach osiemdziesiątych. A dziś, kiedy się naprawdę dzieją niezwykle ważne sprawy, bo dotyczą człowieka…. o tym co zasadnicze, mówi się niewiele. Analizy zachowań i poglądów, które choć ponoć naukowe, rzadko zgadzają się z tym co widzę. Może promują to, w co powinienem uwierzyć?
A ja widzę i wierzę w tę noc Zmartwychwstania w inny kraj. Jestem coraz bardziej pewien, że ci wszyscy ze zmarnowanego ponoć pokolenia JPII dają sobie radę. Niełatwo jest, bo często opuszczeni, ogłupiani, przeszkadzający… Bo chcą coś robić. Coś przeżywać. Mieć nadzieję.
Przekazywanie Światła Nadziei
Byłem, widziałem w te dni Triduum. Starałem się być ze sobą i z innymi. I być w czasie Zmartwychwstania. Umiem tylko napisać czasami wiersz. Ale kiedy znów muszę się przemykać przez tę niby Warszawę, ogarniętą ciemnością, zwątpieniem, wściekłością dość jałową – oddycham prawdą że jest taka jak w tę Noc Wielką – nie tylko przecież u Dominikanów na Służewie…..
Wszystkim życzymy oddechu, radości, nadziei.
Bryllowie z dziećmi.
Piątek 10 kwietnia 2009
Wiersze na Wielki Piątek
Za stołem w gospodzie w E.
Zostań z nami
Dopiero teraz
Nie jesteśmy sami
Wino się otwiera
Do smaku zapomnianego
I chleb do tego
Właśnie siły nabiera
Zostań z nami
Bo jesteśmy spłakani
I ty zmęczony – przyznaj
Resztka opuchlizny
Na twojej twarzy sklęsła
Opijemy zwycięstwa
Skończył się krwawy zamęt
Zostań z nami
Bo sami
Nie umiemy już być ze sobą
Próbujemy – ale się nie składa
Kłamiemy sobie co dzień
Daj nam wiarę Panie
Aby zdrada
Nie zatruła wina w gospodzie
Relacja świadka
…mieszkałem przy tej górze i mieszkam do teraz
Mówił coś, błogosławił – lecz jak się otwiera
Okiennice to skrzypią. Stare, oberwane
Zawiasy
Załamane skrzydła biją o ścianę
Od jeziora wiatr huczy
Mówią, On nauczał
Z tego miejsca
Nie byłem
Zapodziałem klucza
No i nie mogłem zostawić obejścia
Ale zebrałem coś po tym kazaniu
Kosze chleba. Ułomki wprawdzie – ale dobre
Dla kurnika. A resztki ryb podjadły sobie
Koty i nawet perliczki, mój Panie…
W nocy ciemnej
Woda żywa nagle jest nieżywa
Nasze życie niby opływa
I dom i ogrody
Tylko od tej wody
Trawa ze strachu siwa
Nie wiesz co przegniło a co się ukryło
Dlaczego niemiłe co miłym było?
Ściany domu stoją jeszcze twardo
Ale mają drzazgę umarłą
A przez nią sączy się strach
Od fundamentu po dach
I choćbyś dom rozwalił
Próchno i wióry spalił
Nie podniósł i cienia ściany
Mieszkał pod niebem samym
To jak światło księżyca
Zła kropla się przemyca
Niepowstrzymana
Przez żadną tamę
Jak tę wodę wrócić do życia?
Chryste, Ty wrócisz spokój
Zatrzymasz ciemny krwotok
Budzę się w nocy ciemnej
Lecz wiem – Nie proszę daremnie
Już świta, już pierwsza Msza
Co dzień schodzisz na ziemię
Żeby być jednym z nas
(wedle modlitwy syryjskiej)
Wielu już umie chodzić po jeziorze…
Wielu już umie chodzić po jeziorze starym
I nie ma tajemnicy dla nich Genezaret
Żadnej głębi niestety
A więc piruety
Wyczyniają
I opadają
I skaczą w niebo potrójnym łamańcem
Jezioro stwardniało. Więc powszechne tańce
Nie zostawią na fali najmniejszego znaku
Jest plastikowo. Tak w sam raz dla ludu
A ludzie nieszczęśliwi. Ciągle pragną cudu
Chcą iść po nieznanej głębinie
I wierzyć
Tonąć
I krzyczeć
Jako Piotr – że ginie
Jeśli nie ma głębiny
Każdy jest nijaki
A chciałby być inny
Swoim imieniem nazwany
Kiedy mu rękę podano
Więc czekają na znaki
A to czemu…
A to czemu? Kiedyśmy wyszli
Jak się godzi z feretronem, psalmami
To anieli z nieba nie przyszli
Sobie – jesteśmy sami
Cichym światłem pulsuje ziemia
I pieśń wysoko idzie
Ale siły tam wrócić nie masz
Bo jakoś jesteśmy bez skrzydeł
Chcemy lecieć do serca przestrzeni?
Ale to by raczej nie wyszło
Bo jesteśmy strasznie obciążeni
Dekoracją złocistą
Czwartek 2 kwietnia 2009
Tylko My
Może lepiej niż moje gadanie, przemówi wiersz. Jakoś wierzę, że w wierszach udaje mi się dokładniej zobaczyć, co mnie boli. Na co zasłużyłem. I jak się jeszcze bronię.
Ci co, czytają moja poezję wiedzą, że są dla mnie te godziny nocy które przełamują się w świtanie, i są niezwykle ważne. Trudne, i trzeba się przyznać, ciężkie. Bo to jest czas przypominania sobie o wszystkim cośmy nie tak w życiu zrobili. Może nawet nikt o tym nie pamięta, ale nocna godzina tak. Może to było malutkie świństwo ale w nocnej godzinie znów ważne. Dlaczego? Może dlatego, ze jest to też moment kiedy możemy być inni. Wstać i zacząć dzień inaczej. Ale znów brak siły.
Jednak nie jesteśmy sami. Walczą o nas w tym ciemnym sercu nocy:
W sercu nocy
Pusto. Nie dla każdego Kto ma wyobraźnię
I słucha. Słyszy bardzo niewyraźnie
Tętnienie ziemi. Biegną galopem strumienie
A potem już nawałą całe wojska borów
I chorągwią rzeki trochę postrzępioną
Jak to po szarży. Gdzie bitwa? Wieczorem
Zawsze początek.
Gonią szwadrony
Krzaków bzu, jaśminów. Idą też żarnowce.
Żarnowce gdzie manowce. Tam nawet piechota
Nie da rady – szeregi trawy umierają
A o kogo ta wojna? A o ciebie. Popatrz
Jak się sny betonowe nagle zapełniają
Kolorem nieba, trawy. I już inne sprawy
Inne wspomnienia do ciebie spływają
Fala obmywa łagodnie te dni
Co zostały jeszcze
Więc głęboko spisz
Nareszcie
A w sercu nocy wielka idzie bitwa
O to co będziesz śnił.
Piechota trawy wytrwa?
I jeszcze raz odrzuci beton nieugięty?
Czy zasłoni cię rzeka, czy będziesz odcięty
I pusty w sobie.
A więc jak? Nic więcej.
Nie powiem.
Zaraz się dowiesz.
I już wchodzimy w dzień, jak co dzień. Nie jest łatwo. Bo istotą odbierania siebie, własnego myślenia i uczuć jest dzielenie. Rozmienianie na drobne, mieszanie życia w zaskakujące konsystencje. Dzielą nas. Robimy się osobni, choć cała technika komunikacyjna świata powołana jest chyba na to, żeby nas do siebie zbliżyć. Tak łatwo dziś być ze sobą, że się niby jest.
Nigdy, naprawdę nigdy nie chcę występować przeciwko tej wielkiej zmianie techniki porozumiewania się. Przecież teraz, możemy prawie w jednej chwili być ze sobą. To my niszczymy tę szansę, to my mogąc być coraz to bliżej – coraz bardziej się oddalamy. To my zamieniamy zrozumienie w obcość.
Tylko dzieje się to jakby nie z naszej woli:
Dzielą nas
Dzielą nas, dodawają, pierwiastkują nawet
Czasem podnoszą do potęgi. Wierzą
Że sami są potęgą. Używają żwawych
Maszyn działania. Dawne liczydło
Gdzie to samemu trzeba dotykać, przesuwać
Układać, odejmować, przemieszczać narody
Z głodu do głodu – okropnie już zbrzydło
Teraz w urzędach nie usłyszysz stuku
Maszyn co piszą tajemne rozkazy
Cichutko jest…. A dawniej jakby maszynowy
Karabin strzelał seriami. Od razu
Zostawał ślad i banalne błędy literowe
Jak niezgładzone groby
Przyszły komputery
Biorą winę na siebie
Ich szczere zeznania z tej najtwardszej płyty pamiętania
Kto odcyfruje
Jak?
Wedle uznania..
Tacy
Tacy młodzi, radości pełni bo widzieli
Przyjaciół najbliższych bardzo szczegółowo
Ach, Internety mają miliony pikseli
Tacy młodzi, odważni mogą każdym słowem
Z bliskimi się podzielić
Cóż może być bliższe
Niż ciepły ekran tuz przy twojej twarzy?
Od blasku światła co może być czystsze?
Co się może wydarzyć co się tu nie zdarzy?
Starzy
Tego nie znają
Tylko
Przeszkadzają
Ale to nieważne
Nie wiele już znaczy
Zycie nieuważne
Gdzie wszystko za daleko…
A tutaj tak blisko
Tylko trzeba zaklęcie kliknąć i przycisnąć…
I na koniec, ta łatwość w zwiedzaniu świata. Ta konieczność udokumentowania swojej podróży – żeby potem mieć, zrozumieć gdzie się było, z kim się spotkało. To jeszcze jest szukanie innych i szukanie siebie. Ale ile przelatuje tej turystyki ot tak, bo przecież powinniśmy być, zobaczyć, posmakować. I zrozumieć. Zawsze wedle wiedzy naszego rozumienia.
Czasem to boli, ale raczej tylko wtedy gdy przez twoją ziemię przelatują tabuny znawców, ocenia czy, ustawiaczy, segregują, nadają stopnie w skali swego widzenia świata. Mają gotowe rozwiązania i dziwią się czemu ich rad nie chwytamy się jak tonący brzytwy.
Tylko my już też coraz częściej też podróżujemy, oceniamy, kwalifikujemy tych innych, znamy od razu co nieznane. Bo przecież my ze współczuciem, z głębokim namysłem, bo my mamy rację.
Bo my… Zamiast próby zrozumienia, koncepcje ujednolicenia. No bo przecież my.
Być turystą
Być w tym świecie turystą. Zauważyć wszystko
Nagrać na nośnik dźwięku i obrazu
Też na nośnik empatii nagrać to od razu
Czyli sympatii głębszej ale nie współczucia
Bo nośnik nie ma czucia. Bo nośnik przenosi
Rozpacz, krzyk… Nie jest krzykiem. Jest tylko nośnikiem
Niesie uważnie a nawet sterylnie…
Być w tym świecie turystą. Przyglądać się pilnie
Szukać metafory – sprytnego zwornika
Co by wszystko zamknął. W czym to się zamyka?
Taki jest świat. Przez kraje innych przechodzimy
Ciemną doliną, lub przez połoniny
Bardziej słoneczne. Pamiętamy twarze
Nagrane na nośnikach
Tak to się przydarza
Po co zwiedzamy te bolesne kraje?
Bo nasze strony inni też zwiedzają
Patrzą na wszystko i też są turystą
Nawet nam palcem boku dotykają
Gdzie jest serdeczna rana na bankową kartę
Być turystą. My przez nich, oni przemykają
Przez nas…
Reklamy mówią, ze jesteśmy warci
Takich podróży. Życie się nie dłuży
Nic niby nie wynika.
Lecz jest na nośnikach
Ale na szczęście, ciągle w godzinie przełamywania się nocy, walczy o nas piechota trawy. Jeszcze nas broni przed samym sobą.
Czwartek, 26 marca 2009
Bryllowanie z Marcinem Styczniem
Jak poinformował nas Marcin Styczeń, już można obejrzeć relację
z urodzinowego koncertu promującego płytę "Bryllowanie":
Nie byłem wśród tych, którzy często odwiedzali tego wielkiego poetę, co oddychał poezją, chyba się nie zastanawiając – jak się oddycha. A wielu wstrzymuje oddech i dusząc się próbuje zrozumieć, co jest z wierszami – tylko one nie umierają.
Ksiądz Jan – tak późno przeze mnie zrozumiany, jednak mi się przyśnił .To było trochę dawniej, ale teraz o tym wspominam. Szukał drogi, która łączy niebo z ziemią. I ja myślę, że taka jest. Ważna dla ziemi, ale też dla nieba.
Śnił mi się ksiądz Twardowski …
Śnił mi się ksiądz Twardowski. Siedział w gruszy cieniu
Trochę spocony z kawką na ramieniu
Spocony – bo daleka droga od Wiecznego
Do moich snów. A takoż był bez porządnego
Obuwia. – Bo te które kładą nam do trumny
Mój chłopcze, są dobre dla tego kto umrze
A ja skaczę przez czasy wieczne i dzisiejsze
Jako zając po bruzdach. Ale najważniejsze
Jest zadanie bym ludziom wreszcie uświadomił
Że Anioł Stróż jest często jak skowronek
Bojaźliwy nawet. Ni skrzydeł ogromnych
Ni białej szaty, raczej szare szmaty…
I pognał, bo się spieszył
Od maćkowej gruszy
Niosąc garść ulęgałek i też wiersze nowe
Tam. Niech skosztują w niebie ulęgałek
Lekko ugnitych. Przez to doskonałych
Może z tego zrozumienia poezji Twardowskiego powstał i ten wiersz „szukamy niewygodnie na kolanach”. No tak, jak ta kobieta co zgubiła pieniążek i znalazła go wreszcie w szparze polepy gdzieś pod tapczanem. I radość jej była jako radość Królestwa Niebieskiego. O tej kobiecie, która jak sadzę wszystkie siły dobre wezwała do pomocy, pokażę kiedyś wiersz. A teraz „ na kolanach, niewygodnie, na kolanach”.
Na kolanach niewygodnie
Na kolanach, niewygodnie, na kolanach
Szukamy za Nim w kurzu
Miał być olbrzymi a jest tak nieduży
Prawie nie do poznania
I dlatego czasem tyle wrzasku
Ze ktoś na pewno Go chwycił
I wszystko stało się jasne
W pochylonym życiu
Na równe nogi się nareszcie wstanie
Nie będą boleć krzyże –
Ale to było gadanie
I trzeba jeszcze bliżej
Ze nie da się bardziej nisko
Wypatrzeć, co w trawie piszczy
I o co w tym życiu biega
Od ziemi aż do nieba
15 Marca 2009
Kuszenie
Nie ja jeden czytam Biblię jako księgę coraz to nowych dla mnie wyjaśnień i coraz to nowych tajemnic. Jak umiem tak rozumiem. Nie pretenduję do posiadania odpowiedzi tam, gdzie zaczynają swoje dysputy teologowie.
Ale jak się czyta Ewangelię, to mam wrażenie, że wokół Jezusa coraz bliżej i coraz bardziej dusząco zatacza kręgi Ktoś. Przeciwny. Zły. Niewidzialnie, niepostrzeżenie ale z dnia na dzień ta obecność jest coraz bardziej odczuwalna.
To jest tajemnica relacji między Wszechmocnym, który stał się zamknięty w czasie przez ludzkie urodzenie i śmierć a tym, którego czasem nazywają "księciem tego świata". Zawsze kiedy czytam o kuszeniu na pustyni zadaje sobie jak i wielu wielkich mistyków pytania. Czytam ich, znajduję na to odpowiedzi i niemożność odpowiedzi. Jak właściwie było z tym kuszeniem? Kim był Jezus gdy atakował go Zły?
Wiemy, że całe chrześcijaństwo oparte jest o tę wiarę w niemożliwość, że Bóg mógł stać się człowiekiem. Głupstwo i zgroza dla innych jak mówił święty Paweł. Więc jak był kuszony Wszechmocny, który podlegał słabości człowieka? Bo to nie mógł być - tak myślę – tylko wynik niewiedzy Księcia tego świata. Jego propozycje są wielkie, ale tylko wtedy gdy atakują człowieka.
Nie wiem tego ja, nie wie wielu mędrców. Czasem jak radził jeden z wielkich świętych i uczonych kościoła wschodniego Efrem, nie da się tego opisać. Chyba zbliżyć, przez metaforę, oksymoron.
Ale czuję, że ten krąg zachodzenia nam drogi przez „Księcia tego świata, dotyczy i nas.
Pokusy. Proste i oczywiste. Ale są i te, które wyglądają jak propozycje dobra. Bo najtrudniejsze jest dla nas kiedy fałszowano ślady, po których za Bogiem – człowiekiem chcemy iść. Lekko przeinaczano. Niby dla uproszczenia, logiki, kierunków tej drogi. A zresztą może jak radzi św. Efrem, choć trochę lepiej pokażę to w wierszu.
Kuszenie
Po śladach jego szedł Zły. Przeinaczał
Ślad delikatnie. Wcale nie zacierał
Pogłębiał raczej
Aby nie uwierał
Nawet kamyk gdy ruszymy tym śladem
Niech idą lekko, kwieciście gromady
Niech wszystko miękkich pieśni porosną lewady
Może trochę trujące
Lecz wydmy zacięte
Na których Boży ślad był odciśnięty
Trudne są, żmudne
Znak już rozmazany
A może wcale ten znak nie był dany
A może wcale nie tam droga święta
Bo dokąd?
Na wędrówki ludziom są oddane
Proste ścieżki
Omińmy pustynie przeklęte
A nawet jeśli. Po co się w nie nurzać?
Ślady pewno zasypały burze
Zresztą On był na chwilę w pustyni lecz wrócił
I trzeba szukać Go w kwiecistych krajach
I w lepszą stronę drogę odwrócić
-A może nie wędrujmy. Tu się zostaje
Śpi i śni…
Ciemny obłok uniósł się nad nami
Niby baśń, że idziemy wciąż Jego śladami
(Wedle Cyryllonasa, IV, V wiek)
5 Lutego 2009
Wszystko nie tak
Najgorzej dać się skusić i przeczytać o sobie w Historii Literatury i Kultury Polskiej (wyd. Świat Książki). Dopóki czytałem opracowania o czasach dawniejszych, byłem pełen podziwu. Ale zachciało mi się. I oto w generalnie miłym dla mojej poezji artykule czytam…” tom Kolęda Nocka wiersze, który w oprawie muzycznej Katarzyny Gaertner stał się osnową poetycką musicalu w przejmujący sposób dokumentującego ówczesną kondycję psychiczną narodu”.
No pięknie, ALE WSZYSTKO NIE TAK. A to że muzykę do Kolędy Nocki odebrano jej autorowi Wojciechowo Trzcińskiemu, TO PODWÓJNE NIE TAK.
Bo tak się złożyło, że „ Za czym kolejka ta stoi” pojawia się w tylu wspomnieniach i cytatach… A poza tym trzeba czytać było tomik „Sadza”, gdzie właśnie ten wiersz jest wydrukowany i zauważyć że powstał on przed rokiem 1980. Osiemdziesiąty rok to była data premiery przedstawienia Kolęda Nocka”. Raz jeszcze powtórzmy nazwisko kompozytora: Wojciech Trzciński.
A z Kasią Gaertner łączy mnie jej świetna muzyka, ale do mojej śpiewogry „Na szkle malowane” – a to był początek lat siedemdziesiątych. I tyle.
Może wydawcy przeproszą znakomitego kompozytora muzyki do wierszy z „Kolędy Nocki”, bo Wojciechowi Trzcińskiemu to się należy.
Co się stało z historykami literatury, że mylą fakty wedle których potem budują oceny???
3 Stycznia 2009
Bajarz Polski
Szanowny Panie,
W archiwalnym numerze „Wysokich Obcasów” (Gazeta Wyborcza, 28.04.01) i publikowanym w tamtym czasie "Kwestionariuszu Herolda", którego był Pan gościem przeczytałam:
Pierwsza ważna książka: Czas okupacji. "O czym szumią wierzby" oraz "Bajarz Polski" od pani Czoj z ulicy Kawęczyńskiej na Pradze.
Jestem prawnuczką Reginy Czoj i mam do dziś "Bajarz Polski" (wydany w Wilnie w 1924 roku), który należał do Andrzeja Czoja - mojego stryjecznego dziadka. Dostałam go od mojej babci, dzięki której zachowało się dużo rodzinnych pamiątek.
W okresie okupacji moja prababcia mieszkała na Pradze przy ulicy Łochowskiej (niedaleko Kawęczyńskiej). Jej syn Andrzej został powołany do wojska w 1939 roku, a córka (moja babcia) z mężem i dwojgiem dzieci mieszkała w Wilnie.
Po wojnie babcia z rodziną opuściła Wilno i przyjechała do Warszawy. Przez jakiś czas wszyscy mieszkali w kawalerce na Pradze razem z prababcią Reginą. ( Na załączonym zdjęciu nr 1: moja prababcia Regina Czoj - w pierwszym rzędzie z prawej strony oraz rodzina Kieżunów: moja babcia Halina z mężem Wojciechem, teściową Jadwigą i dziećmi Janem i Marią - moja mama).
Andrzej Czoj (na zdjęciu nr 2) nie wrócił z wojny. Wiadomo tylko, że jego oddział został po wkroczeniu Sowietów rozwiązany pod Lwowem i że zamierzał przedzierać się do Wilna, do siostry. Niestety nigdy tam nie dotarł a jego losy do dziś są nieznane.
Matka czekała na niego aż do śmierci w 1979 roku.
Prababcia zmarła, gdy miałam 5 lat. Pamiętam ją już jako staruszkę leżącą w starodawnym metalowym łóżku, które wydawało mi się wtedy ogromne i trochę groźne. Siadaliśmy z bratem na brzegu tego łóżka, a ona opowiadała nam bajki i różne przedwojenne wierszyki.
W moich wspominieniach zachowałam ją jako pogodną, uśmiechniętą staruszkę, która zawsze bardzo cieszyła się na nasz widok.
Z rodzinnych opowiadań wiem, że była osobą energiczną, zdecydowaną i otwartą na ludzi.
Jestem bardzo ciekawa czy mój Bajarz jest tym samym, który Pan pamięta ze swojego dzieciństwa.
Czy moja prababcia to pani Czoj z ulicy Kawęczyńskiej na Pradze?
Życzę dużo dobrego w Nowym Roku.
Z poważaniem,
Barbara Majewska-Jurga
Co za list. Dziękuję. Jakże wszystko się wreszcie wyjaśnia. I niby w baśni składa nareszcie w całość.
Co się wyjaśnia? A mój niepokój – bo tyle razy przejeżdżałem ulicą Kawęczyńską i nie mogłem przypomnieć sobie tej kamienicy gdzie mieszkała Pani Czoj. A było to zaraz przy Kawęczyńskiej. Reszta wspomnień się zgadza. Słyszałem tramwaje w nocy. No i słodkawy dla mnie i upajający wtedy zapach gazu – zapach wielkiego miasta. A gaz wtedy ulatniał się trochę w każdym powojennym praskim mieszkaniu. Tak powojennym. Bo to, że mieszkałem u Pani Czoj po wojnie na pewno pamiętam. Ja wtedy przyjeżdżałem z Gdyni do mojej babci Zuzanny do Komorowa koło Ostrowi Mazowieckiej. Na święta Bożego Narodzenia. Żeby nie była sama. No i na spotkania z dawnymi komorowskimi kolegami. Przede wszystkim z Ryśkiem bo my szczególnie byliśmy związani sprawą wspaniałej księgi Bajarz Polski. Wypożyczonej ongiś właśnie od Pani Czoj. O czytaniu tej księgi przepięknej za chwilę opowiem. Bo to było w roku chyba czterdziestym drugim. Okupacja. Czytam już szybko, mam siedem lat. I nie wiem czy Pani Czoj przyjechała do Komorowa, czy ktoś z naszego domu odwiedził ją w Warszawie i przywiózł Bajarza. Ale wróćmy do opowieści z roku '47. Tak pokombinowaliśmy z Ryśkiem, że jedziemy z Komorowa do Warszawy, nocujemy u pani Czoj i zwiedzamy stolicę. Most Poniatowskiego. Jazda tramwajem. Na zdjęciu jakie Pani w liście załączyła jest właśnie ta pani Czoj. Bardzo przyjazna, ale trochę nas temperująca. Jak dobry wychowawca. A w jej domu nowe wspaniałe książkę „Czterdzieści tysięcy mil podmorskiej żeglugi”. No i ten Bajarz – księga która była kiedyś przez dwa tygodnie u nas kiedy mieszkaliśmy z Ryśkiem obok siebie w spalonym teraz domu w Komorowie... Ach jak trzeba było uważać. Nie poplamić, nie zagnieść stron. Nie taszczyć ze sobą. Czytanie księgi to był rytuał. Głośno. Ale...Ja miałem prawo siąść i czytać sobie po cichu.
Czemu ta książka wywierała aż takie wrażenie? W moim domu było książek nadspodziewanie dużo. Można powiedzieć o wiele więcej niż w takich zwyczajnych domach. I to jakie książki. „Antygona” , pierwsza książka którą nie rozumiejąc sylabizowałem, historyczne opracowania o powstaniu listopadowym. Książę Józef prof. Aszkenazego. Wiele z tych książek uratowanych z rąk żołnierzy Wermachtu którzy palili bibliotekę szkoły Podchorążych Piechoty. Myślę, że do dziś w niejednym domu w Komorowie są strzępy tego księgozbioru. Gdybym list ten dostał od pani wcześniej, zacząłbym o to w Komorowie pytać. Bo byłem tam na wielkiej rocznicy mojej szkoły Powszechnej. Zacząłem uczyć się w niej w roku 42. W Generalnym Gubernatorstwie polskie dzieci miały obowiązek chodzenia do szkoły. Nędznej wtedy w malutkiej chałupce (zwaliśmy ją kurnikiem). Mam świadectwa ze wszystkich tych lat wojny. Program był minimalny. Podstawy matematyki – no rachunki, wszystko dla przyszłych niewykształconych robotników prymitywnych. Oczywiście rodzice jak umieli uczyli w domu dzieci pierwszych klas. Więc maluchy nie mogły być powiernikami tajnego nauczania. Ja przeskoczyłem klasę pierwszą i w czterdziestym czwartym jako uczeń czwartej klasy dostąpiłem prawa przedwczesnego bycia w tajnym nauczaniu. Kierowała nim pani Irena Wolff wygnana do GG z Bydgoszczy skąd wyrzucano Polaków. Wszystko to oparte jest o tą tajemniczą księgę Baśni. Bo czytałem ją, kochałem, potem czytałem inne. Wtedy często ojciec czytał na głos Trylogię. Starsi koledzy robili recytacje wierszy Polskich i obowiązkiem było je znać na pamięć. I wszystko w strachu przed wywózką, zabraniem dzieci – bo ciągle odżywał błędny rozkaz Himlera o odzyskiwaniu germańskiej krwi w GG – więc każde dziecko o blond włosach i niebieskich oczach było zagrożone a ci z rodzin poznańskich, pomorskich szczególnie.
Książka Baśni była bramą do innego świata. Polskiego języka koloru, i dziecinnej wyobraźni. Dlatego tak o niej pamiętam. Nie wiem jak pani Czoj była znajoma z nami. Może przez wojenne dzieje jej męża i mojego ojca – chociaż mój ojciec skończył kampanię wrześniową w ostatniej regularnej Bitwie pod Kockiem u gen. Kleberga. A może z czasów przedwojennych – bo rodzice czasami bywali w Warszawie. A może z okupacji? Nie wiem czy w czasach wojny odwiedziłem jej mieszkanie. Choć mam jakieś wspomnienie. Byłem chyba wtedy tylko dwa razy w Warszawie. To była niebezpieczna wyprawa pociągiem przez Małkinię gdzie szalało Szupo i „feldpolicaje” i służby kolejowe niemieckie. Bo za Małkinią trwała ciągle obecna granica polsko-sowieckiego zaboru z 39r. To była zresztą jedna z wielkich dróg nielegalnego zaopatrzenia Warszawy w produkty żywnościowe. Ale chyba byłem. Bo zapach gazu słodkawy i dla mnie dziwnie tajemniczy – jakby z dziecinnych lat pamiętam. A może to było w marcu 45' kiedy przeprawialiśmy się z Pragi w stronę Warszawy i dalej do Bydgoszczy? Nie wiem. Ale Pani Czoj i jej cudowna książka (ta właśnie której zdjęcie widzimy) to jest jedna z najważniejszych chwil dzieciństwa. Chyba mnie uformowała. Czemu tyle i z takimi dygresjami piszę. Bo zamyka się w liście od Pani i w moim pamiętaniu kawałek opowieści o tym skąd jesteśmy. Dla mnie odnalezienie cudownej książki dzieciństwa ma specjalne znaczenie. Jakbym dostał list z najbardziej rodzinnej ziemi. Dziękuję za niego. I za pani list, też pełen dygresji o dziejach ludzi z naszych rodzin. Bez tej dygresji nie sposób zrozumieć czasem dlaczego coś jest dla nas tak ważne. To i nasza siła i słabość. Bo czasami nie wiem jak prosto nasze czasy opowiedzieć. Tyle zawirowań. Każda sprawa otwiera inną i zmienia spojrzenie. Taka jest nasza ziemia dzieciństwa.
Życzę wszystkiego najlepszego na Nowy Rok,
Ernest Bryll
23 Grudnia 2008
Świąteczne Życzenia
Otrzymałem wiele życzeń Bożonarodzeniowych. Bardzo za nie dziękuję, bo to zawsze miłe szczególnie kiedy dajecie znać, że jednak jakieś moje wiersze istnieją dla Was. No i były to przecież życzenia Świąt Bożego Narodzenia, Wigilii, dobrej radości jaka następuje po czasie adwentowym.
Aż się wzruszyłem. Bo Adwent na ogół zadeptujemy ganiając od połowy listopada po „Seasons Greetings” czyli wybiegu czasu prezentów. Z jakiej to okazji?! Nieważne, aby szła maszyna obdarowania. Nie jestem żadnym przeciwnikiem obdarowywania się, ale lubię wiedzieć z jakiej to okazji. A poza tym, Adwent ma swoją głęboką myśl i warto choć trochę zanurzyć się w Jego kolor aby tym bardziej odczuć białą radość Kolędy.
Każdy z nas zaśpiewa wielką pieśń Franciszka Karpińskiego „Bóg się rodzi”. Zaiste to mistyczny wiersz najwyższej rangi w poezji europejskiej. Jest tyle przepięknych kolęd, ale tylko Karpiński (może ktoś jeszcze?) powiedział to, co jest Istotą. Nieogarnione staje się człowiekiem, Przedwieczne, Bezczasowe staje się Istotą zamkniętą jak my w czasie. Trzeba o tym pomyśleć zanim poprosimy o błogosławieństwo nad naszymi domostwami. Trzeba wiedzieć, że chrześcijanie wierzą w oksymoron, sprzeczność. Bo w innych religiach (nawet z tego samego pnia jak nasza) Bóg jest Przedczasowy, Nieogarniony, a więc urodzić się i być człowieczy nie mógł. Niby bez sensu jest ta nasza człowieczość Boga, a jednak w całej tradycji pierwszych wieków chrześcijaństwa walczono z tymi mędrcami co próbowali się pozbyć owego, zaczynającego Ewangelię Łukasza zapachu pieluszek niemowlęcych. Wymyślano różne sposoby, emanacje, istnienie niby człowiecze, ale bez istnienia człowieczego. Tylko naturę boską narodzonego, tylko naturę ludzką...Można o tym przeczytać. Ale zawsze żyła twarda wiara w tą Niemożliwość narodzenia Boga, która daje nam światło.
Zaśpiewamy przed tym – jeśli w naszych rodzinach jednak śpiewają a nie tylko biernie słuchają płyt – kolędy. Polskie, więc jak to my wyzyskujące to niemowlęce chwile Boga kiedy bezbronny może być ucieszony, zagadany, i o to co jest z nami – jeszcze nie zapyta. Polskie to i chytre i piękne, bo jednak do Betlejem ruszyliśmy. Na świecie starają się czasem przemienić wartość tej nocy Wigilijnej. Wartość myślową. Zamienić ją tylko w zabawę. Więc jako lud niegłupi nie dajmy się w to wciągnąć. Bo zubożymy nasze myślenie. Zarówno ci, co wierzą, jak i ci którzy wątpią. Każde uczucie jest ważne, byle próbujące dotknąć istoty sprawy. Pastuszkowie byli, widzieli, poszli i jakoś o nich potem nie było słuchać. Zawsze myślę o tym cóż się stało z nimi, jak głosili wielką nowinę, jak opowiadali – bo przecie w trzydzieści lat potem kiedy Jezus zaczynał swoje nauczanie nikt nie przypomniał, że gdzieś kiedyś o Gwieździe i Narodzeniu od Pasterzy słyszał. No tak jest z nami. Zapominamy nawet o sprawach wielkich, które działy się na naszych oczach. Do dziś na tym placu gdzie zostało powiedziane „Niech Duch Święty stąpi na tę ziemię” jakiś śladowy krzyżyk, postawo, a słynne słowa zachowane tylko na tympanonie jednego z bocznych kościołów.
Życzę wam Na Boże Narodzenie najlepiej jak umiem.
Wasz Ernest Bryll z rodziną. W domu już pachnącym ciastem, piernikami, oczekiwaniem na przesłanie które przyniosą kolędy na Wigilię gdy najmłodszy przy stole odczyta parę wersetów z Ewangelii św. Łukasza. Staramy się być jak tylko można bliscy tradycji, ale zrozumieć co się dziać będzie, jakie to Dziecię podniesie niemowlęcą rączkę nad naszym domem.
Ps. I śpiewając Bóg się Rodzi, wstańcie. Bo ta pieśń jak słusznie napisał Lechoń to jak hymn narodowy. Niech nie będzie tak głupia jak czcigodna widownia, niby wysoce kulturalna co na finał wieczoru kolęd wezwana do wspólnego „Bóg się Rodzi” - siedziała dalej rozwalona w fotelach i coś tam buczała pod nosem. Na szczęście w 90% widowni naszego kraju Bóg się Rodzi, wita sie jak wszelki Polonez naszej myślącej, a też serdecznej wiary.
21 Marca 2008
Na Wielki Piątek
Miałem wieczór w Gniewie. W odbudowywanym zamku. Niezwykłym.
I tam miejscowy proboszcz (człowiek po studiach chyba we Francji, pracy naukowej a teraz-pasjonat swojej parafii) mówił o urodzie ziemi Gniewskiej słowami wierszy księdza Pasierba . Powiedział do mnie z nagła :
- A spróbuj napisać jeszcze raz to, co próbowałeś podjąć w Golgocie Jasnogórskiej.
I opowiedział o całym nurcie różnych przemyśleń pasyjnych – bardzo starych, i o tym jak na początku XIV wieku, prawdopodobnie w klasztorach dominikańskich wykształciło się nabożeństwo do boleści Maryi. Obejmowało ono rozmyślanie nad wydarzeniami z życia Maryi i Jezusa. I tak pojmaniem i biczowaniem Syna. Sądem Piłata….
Zaraz potem odezwał się do mnie (nie wiem nawet jak przyszło mu to na myśl) ojciec Franciszkanin z Krakowa z kościoła, gdzie żyje stara tradycja wędrowania ścieżkami Matki Boskiej Bolesnej.
Zawsze wiedziałem, że u samego początku poezji polskiej mamy ten wielki lament Matki Boleściwej (zwany naukowo świętokrzyskim). Jest to dla mnie ważne, bo wiele z poezji polskiej można na nowo odczytać jeśli spojrzy się spokojnym, nie rozegzaltowanym spojrzeniem na to jak znaczący jest dla poezji, i to znaczący myślowo – ten nurt idący od Lamentu Świętokrzyskiego. Ponieważ dziś jest na to czas, i ponieważ mam obowiązek zastanowić się wedle zwyczaju – ale i potrzeb serca i rozumu – nad Drogą Krzyżową, no to…
No to może podzielę się dwoma wierszami o Boleściwej.
Pojmanie Jezusa i Sąd Piłatowy. I jednym o urodzie poranka. Może też Wielkopiątkowego, ale i otwierającego Zmartwychwstanie.
A tych Najlepszych Świąt wszystkim Życzymy – Ernest Bryll z rodziną.
Pojmanie i Bicie Jezusa.
Kto Jej…
Kto Jej powiedział: Syna porwali
I jak powiedział? Bo jak opowiedzieć
Niejasno było, wszyscy się pospali
Uczeń pocałował, a obcy związali
Piotr walczył, odciął ucho żołnierzowi mieczem
Ale On ranę uleczył…
Kto opowiadał matce te wieści? - Niepewny
Czy zawiadamia się krewnych?
Ale ukradkiem – Matkę…
Może ten żołdak. Straszne czuł swędzenie
W przyrośniętym uchu. Więc ciemne zdarzenie
Objaśniał jak umiał gładko
Pocierając łeb krwawą szmatką
A ona z tej ciemnej wiedzy
Tak chciała się czegoś wywiedzieć
Była cisza. Może taka jak wtedy
Kiedy odszedł zwiastowania Anioł
A kłopoty ziemskie spadły na nią
Jak spadają dalej lawinami
Na matki dzieci porwanych
One, biedne przybiegają z płaczem do Niej
Proszą: Niechaj będzie wyjaśnione
Dlaczego? Gdzie dziecko zabrali?
Matko Boska – co będzie dalej?
Sąd Piłatowy
Matka Bolesna
Ktoś jej pewno sąd Piłata tłumaczył
Jak się straszą, kłamią, mataczą
Ale cichcem - żeby nie wiedzieli
Co tłumaczy..
Od Palmowej Niedzieli
Odmieniła się miasta łaskawość
Teraz chciało dokładnie i krawo
Przez rozcięte mięso aż do kości
Dojść: Kim On jest?
Aż do zdechu, z radością
Wrzeszczeli o wyrok straszny
Było – tak jakby było tak zawsze
Łazarza z grobu powstanie
To tylko głupie bajanie
Że ślepy świat sobie zobaczył
Nic nie znaczy. Nie wspominaj lepiej
Bo wszyscy w mieście oślepli
Ktoś tłumaczył: Wróci ludziom widzenie
Siebie. I będą żałować
Ale nudny jest sam szept sumienia
Muszą coś zrobić z Tobą
Matko zbyt boleściwa
Dla życia żwawego żywych
Nikt się przecie nie wypiera tej zbrodni
Tylko trzeba łagodniej, łagodniej
Co było, to było z nami
Dzisiaj pięknie ołtarz posprzątany
Pucujemy złociste ramy
W których trwasz. Serce przebite
xxx
Sami zadeptaliśmy tłumnie
Delikatny ślad na pierwszym śniegu
Jak inaczej? Każdy już w biegu
I nikogo nikt nie zrozumie
Wcześnie. Prawie wśród nocnej ciszy
Zanim ziemia z niebem się uleży
Niszczymy te znaki świeże
Pewne – chociaż niewidoczne prawie
Właśnie wtedy gdy w zbielałej trawie
Na ukos, po szronie kruchym
Przemykają wracające duchy
A skąd? Nie wiadomo lecz warto
Wierzyć: Do nas wracają. W otwarte
Usta, półoddech o świcie
Jak powraca dobre serca bicie
Tylko ślad – jak zwykle – zatarty
Zadeptany. Nigdzie nie prowadzi
Może jutro będzie bardziej świeży
Wreszcie ziemia z niebem się uleży
I uładzi…
14 Marca 2008
Babuchowski
Pół roku temu, znienacka, poproszono mnie o poprowadzenie wieczoru młodego poety z Katowic. Zawsze jestem ciekaw młodych poetów. Bo przecież może oni napiszą wiersze, co pozwolą mi zrozumieć świat którego chyba już nie potrafię zrozumieć jak oni. Pokazać siłę i zniewolenie swojego pokolenia. My byliśmy inaczej zniewalani. Moje roczniki, można powiedzieć „widocznymi kajdanami cenzury”. Niemiłe te kajdany były, ale jakże romantycznie można było nimi potrząsać. Oni dziś oplątani niewidzialnymi sieciami. Niby im wszystko wolno, a jakoś się nie daje ,ściślej nie przebija się do odbiorcy. Coś się poplątało. Jeśli kto odpadnie dziś w wyścigu do kariery, mało się na niego zwraca uwagi. Nie ma szans potrząsać niewidocznymi nitkami zniewolenia.
Tak i z oddawaniem obrazu życia wokół nas. Jak bardzo kiedyś przemawiało do czytelników, kiedy młodzi, niewypierzeni powiedzieliśmy o „brzydocie co jest bliżej krwiobiegu słów” . Dzisiaj często te ważne słowa z wiersza Stanisława Grochowiaka uważa się za rezultat naszego zafascynowania Baudelairem. Grzebanie się w zgniliźnie, brudzie. Nawet tak uważni poeci jak Julian Przyboś zarzucali nam epatowanie burżuja. Zabawę kawiarnianą . Ślepotę na antyczne piękno. I dziś to prościej zrozumieć uczniom szkół. A rzecz była inna – ten antyk wokół nas, kolumny dostawiane bez sensu ludzkiego w różnych ważnych gmachach: architektura, co miała służyć pochodom, łuki tryumfalne w ich bezsensie-były nam wrogie. Brzydota wokół nas była miejscem prawdziwym życia człowieka. Antyk wtedy –sfałszowany. Grecja-mała szansa, żeby na wycieczkę wyjechać.
Ale piszę o tym tylko dlatego, że czekam aż dzisiejsi młodzi odkryją fałsz nowego pełnego blichtru zniewolenia. Zobaczą ,że to często nie wolność, światowość, a sztuczka śledcza: uwikłać aby pod pozorami swobody manipulować.
Powiem szczerze, uważam, że niezwykle ważne jest dzisiaj poczucie metafizyki w poezji. Zawsze zetknięcie się z takimi problemami wzbogacało język i myślenie. W poezji każdego z narodów próba tłumaczenia Biblii, Psalmów, wymagała nowych pytań, innego zmagania się ze słowem. Wiemy to dobrze po Kochanowskim, Wujku ,Karpińskim…
Ciekawe, że wielka poezja narodów które nie wykonały tej próby (jak choćby Irlandia we właściwym czasie) jest naznaczona słabością, w języku brak pewnych przemyśleń. A walijska-gdzie wpływ protestantów jak i u nas spowodował różne przekłady Biblii (u nas genialny przekład księdza Wujka) – język bardziej opierał się opresji. Walia wraca twardo do swojej tożsamości językowej, choć częścią Brytyjskiego Imperium. Irlandia ma kłopoty z zanikaniem swojego rodzimego języka,choć jest państwem niepodległym całkowicie.
Ale to na marginesie. Ponoć, jak pisał Piotr Kuncewicz – najtrudniej jest pisać dobrze o Bogu i morzu. Najłatwiej tu o pseudopoezję.
I dlatego, przy całym szacunku do licznych i szczerych pieśni nowopowstałych i śpiewanych w dzisiejszych kościołach,czekam zawsze na poezję wielkiej wiary,ale zadającej pytania Odwiecznemu,więc i sobie.
To dziwne. Kiedyś natknałem się na niezwykły zbiór wierszy czeskich poetów metafizycznych w świetnym przekładzie Babuchowskiego (to chyba ojciec poety). Był to wstrząs, bo Czesi i metafizyka? Zrozumiałem jak jestem zniewolony powszechną łatwizną stereotypu. Bardzo więc reklamowałem ten tomik przekładów.
Ale na myśl mi nie przyszło,że spotkam się z młodym Babuchowskim i jego fascynującymi wierszami. Metafizycznymi. Religijnymi,ale przez próbę przeżycia intelektualnego. Jednocześnie nie z wypowiedziami „mędrca” zamkniętego w kręgu eleganckich filozofów i teologów,co raczej całą polską obyczajowość i pielgrzymkowość oglądają jak etnografowie. Nie. Babuchowski opisuje niezwykłą pielgrzymkę młodych ludzi,którzy zebrali się i ruszyli do Medżiugorie. Do tego miejsca niejasno komentowanego przez teologów,miejsca gdzie są objawienia,aleć jeszcze niezupełnie pewne. Miejsca gdzie się pielgrzymuje przez wojnę,która cofnęła te okolice w głęboko prymitywny byt.
I jak to poeta opisuje,to reportaż o potrzaskanych autobusach, granicach legalnych i nielegalnych, o szantażu różnych pseudowojaków, o ubóstwie tego pielgrzymowania, brudzie, strachu i wielkiej nadziei. Na co?
A na spotkanie ze sobą. Bo każda wielka pielgrzymka jest wędrowaniem do Gospy-Matki, gospodyni, żeby spojrzeć w Jej oczy i zobaczyć siebie.
Mało kto potrafi jak Babuchowski napisać o tej brudnej zwyczajności tak,że widzimy każdy detal , a też nie uronić nic z wielkiej nadziei spotkania z Gospą. I też o tym,jak rozjeżdżają się uczestnicy tej pielgrzymki niby w świat ten sam,z dworca autobusowego w Katowicach do Łodzi. A jednak świat inny. Nie ma tu pień o cudach i objawieniach cudownych. Powiedziałbym, Babuchowski odkrywa objawienie zwyczajne. Tego samego co wokół jest, i żadnym blaskiem z niebios oświetlone nie będzie,a jednak jest inne. Jakby pulsowało idącym od środka światłem. No, nie wiem jak to wyrazić. Trzeba te wiersze przeczytać. Bo nagle zostało mi pokazane coś, czego nie widziałem w banalności dzisiejszej. Wielka możliwość niezwykłości.
To oksymoron może. Czyli figura w poetyce która przez zbitkę dwóch niemożliwości objawia coś więcej. I taka jest wiara poety. Jak i wiara choćby Karpińskiego. Napisał nam wielką kolędę opartą o to co najważniejsze w naszym myśleniu metafizycznym. Że nieskończone stało się czasowe. I Babuchowski podobnie wprowadza nas w zwyczajność. Jak u Karpińskiego wielki oksymoron wiary, że Bóg stał się człowiekiem dzieje się wśród prościutkiego krajobrazu wioski,tak tu zwyczajna niezwyczajność jest w marnym autobusie, utytłanych ludziach, narkomanach, wojnie ciągle jeszcze trwającej małych mieszkankach uczestników pielgrzymki.
Ciekawe, kiedy mieszkałem w Katowicach, a ważny, bardzo ważny był to dla mnie czas specyficznych rekolekcji to ciągle czułem,że jest w tym mieście o wiele więcej niż z pozoru widzę. Są miejsca sprzyjające metafizycznej poezji. Ponieważ tradycyjny krajobraz wierszy dotykających Bożych Spraw przeniósł się ze scenerii wiejskiego krajobrazu do blokowisk, miast-krajobraz Śląska, bardzo temu sprzyja. Taka jest zresztą historia tego regionu. Również przez poszukiwania grup ezoterycznych (jak świetnie to pokazał film Majewskiego „Angelus”) nieformalne i nawet sprzeczne z kościołem obrazy księgi.
Babuchowski jest niewątpliwie wierzącym katolikiem. Ale jak to odległe od takiej kościołkowej zwyczajności. I jakże bliskie temu. Bo poeta (i to cenię w nim najbardziej) nie ucieka do tej nudy,od pozornej nijakości modlitewnych przeżyć. On jest z ludźmi. Dlatego napisał o wielkiej swojej i chyba niejednego czytelnika pielgrzymce do Gospy. Może ktoś w Katowicach zdoła napisać o innych poszukiwaniach siebie poprzez pielgrzymowanie.
Pamiętam jeszcze czasy z lat osiemdziesiątych i stanu wojennego. Znakomitych dziennikarzy idących z tłumami pielgrzymujących. Jakże głęboko potrafili zrozumieć prawdę tych wędrowców. Jak pełne prawdy były te reportaże. Jak potrafiły pokazać istotę polskiego marzenia o wolności.
Jakoś się odmieniło. Nie chcę powiedzieć, że wyszło z mody i nie jest w zainteresowaniu przeróżnych redakcji. Bo powiedziałbym,że patrząc i czytając o moim kraju dostaję opowieść o innym kraju niż żyję ja, i tylu, tylu ludzi. Nie chciałbym powiedzieć, że nie raz mam to samo uczucie kiedy słucham nadętych kazań.
Powiem więc. Czytajcie „Wiersze na wiatr” Szymona Babuchowskiego. Bo tak potrzeba mnie i chyba Wam, aby poeci dali nam obraz kraju w którym poczujemy się prawdziwie. Czasami się to udawało mojemu pokoleniu, czasem pokoleniu Nowej Fali, i tym co budowali swoje wiersze wokół idei prywatności przeżycia, czas żeby choć trochę udało się teraz.
10 Stycznia 2008
Wspomnienie o Edwardzie Kłosińskim
Co mam napisać o Edku Kłosińskim?
Przyjaciel, niezwykle ważny. Ważny dla mojego życia, myślenia, przekazywania tego co chciałem powiedzieć w taki sposób aby było powiedziane jak najbardziej dokładnie. Nie chodzi tu o samą precyzję, choć Edward zawsze szukał precyzji przekazu artystycznego.
Poznawaliśmy się w czasach trudnych, wiele rozmów, mnóstwo spotkań, bardzo pomógł mi wiele zrozumieć. Ale o tym co prywatne nie będę pisał, bo Edward nauczył mnie też powściągliwości. Dość powiedzieć, jestem jego przyjacielem, przyjacielem najbliższej rodziny.
Teraz tak dużo pisze się o Edwardzie i jego dokonaniach. Piszą „wybitny operator” A dla mnie słowo „ operator” znaczy zawsze za mało. Nawet jeśli dodaje się „ wybitny” Nie stworzyliśmy określenia, które by zwyczajnemu odbiorcy filmu wyjaśniało znaczenie pracy operatora. A może w ogóle mało uświadamiano widzom jak wielkie znaczenie mają operatorzy w powstaniu największych dzieł kinematografii. Kiedy pracowałem w filmie, jako kierownik literacki zespołów, wiedziałem,że najważniejsze jest znalezienie tej idealnie dobranej pary – reżysera i operatora. Jeśli to było chybione i ostateczny rezultat pracy, czyli film, był ułomny. Bo oni, najwybitniejsi operatorzy – a jednym z najwybitniejszych był Edward – nie tylko widzeniem kamery pokazywali nam obraz. Edward szukał odpowiedzi na pytanie o czym mówi film, co jest naprawdę samiutkim jądrem filmu. Oczywiście szukał wspólnie z reżyserem, aktorami ,scenografem, twórcą muzyki.
Bo dobry operator jednoczy. Film często powstaje wśród napięć, sporów, kłótni nawet. Szczególnie wówczas kiedy wydaje się, że wszystko przecież jasne, wiemy o czym chcemy opowiedzieć i nagle (a to często dostrzega się w czasie kręcenia scen, oglądania sekwencji zrealizowanych, momencie pierwszych układek montażu) nagle czujemy, że nie odpowiedzieliśmy na najważniejsze pytanie. Co jest najistotniejsze w realizowanym filmie…
Kinematografia światowa, ceni polską sztukę operatorską. Ceni Edwarda. Dlaczego zapraszali go do swych filmów do swych filmów najwybitniejsi reżyserzy i polscy i światowi ? Czego się po nim spodziewali?
Ano, chyba właśnie, prócz pięknego widzenia kamery, oczekiwali umiejętności odpowiedzi na pytanie „ co jest jądrem filmu”. Ale, choć Edward był w dyskusjach precyzyjny, mądry, przekonywujący i dyskretny zarazem, filmowcy nie czekali na odpowiedz teoretyczną. Dawał ja poprzez kreację spojrzenia, które uwydatnia to co chcemy powiedzieć, i uświadamia nam ile jeszcze zrozumieć można.
Tu powinienem pokazywać, sceny z filmów, każdą objaśniać. Jak poezję. To, tak jak znalezienie odpowiedniego rytmu, odpowiedniego słowa, które wśród niby wielu podobnych, decyduje o klasie poezji. To tak jak patrząc na obrazy Rembrandta wiemy, że bez tego specjalnego światła gorejącego od wewnątrz, te same obrazy, nie byłyby te same. To tak, jak żadna, najdoskonalsza choćby reprodukcja Myśliwych na Śniegu, Breughla, nie może przekazać tego, co widzimy patrząc na oryginał. Niezwykły kolor nieba, odbicie na śniegu… Zwyczajna opowieść o powrocie z polowania staje się opowieścią pełna mistyki..
Przegadaliśmy z Edwardem wiele godzin, zawsze było o czym, ale w pracy zetknęliśmy się razem tylko raz. Na afiszu wystawianego w roku 1985 „Wieczernika” podpisał się skromnie jako twórca oświetlenia. Ale…
To były skrajne warunki. Bo jak stworzyć w półodbudowanej głównej nawie kościoła na Żytniej, poczucie ciasnoty pomieszczenia, zbudować wieczernik. Jak przezwyciężyć bardzo ubogi sprzęt oświetleniowy, jak osadzić napchany ludźmi, co czasem ledwo mieli szansę zobaczyć prowizoryczną scenę, ceglany kościół. A Edward, spokojnie potrafił zamknąć w tym tłumie, w tej architekturze, przestrzeń gdzie apostołowie żyli w strachu, niepewności, wzajemnych oskarżeniach i opuszczeniu. Umiejętnie operując światłem, stworzył zamknięte pomieszczenie. Ci co w nim chcą być zamknięci, boją się otworzyć drzwi. A kiedy Magdalena otwiera je i wybiega, staje się ta właśnie chwila światła, szczelina blasku. I choć drzwi zatrzaskują a inni z uczniów Jezusa, ryglują je w strachu, my już o tej chwili światła, nie zapomnimy.
Kto wie, może tam wtedy, przy Wieczerniku, Edward pomógł nam zobaczyć te jasną strużkę? Nie wiem, ale jestem pewien, że bez Edwarda nie byłoby wielkości niejednego filmu. Szczególnie obrazu, idei widzenia, tej co uświadamia – jak to światło rembrandtowskie - różne głębie wartości.
I czekamy na nie aż do Zmartwychwstania.
Dziękuję Ci, Edward
Ernest
9 Grudnia 2007
Spotkanie
28 grudnia o godzinie 19:00 na Świętojańskiej pięć odbędzie się wieczór kolęd w wykonaniu Chóru Kameralnego Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Warszawie pod dyrekcją Pawła Hruszwickiego
oraz promocja nowego tomiku wierszy Ernesta Brylla pt. "W ciepłym wnętrzu kolędy"
Razem z Biblioteką zapraszam!
Ernest Bryll
9 Grudnia 2007
Nowa książka
Kochani,
Lada moment pojawi się nowa książka – prezent na ostatnie dni Adwentu i Boże Narodzenie. Zebrałem w niej wiele wierszy świątecznych, ale nie tylko, bo jest tam tez sporo piosenek, oratorium i śmieszna niespodzianka.
Książkę wydało wydawnictwo ZYSK i ska i jest bardzo kolorowa, ilustrowana od pierwszej strony po ostatnią!
Nie wiem kiedy książka pojawi się w księgarniach, ale podobno na pewno przed świętami. Oczywiście możecie ja także zamówić i u mnie. Obiecuje że dopiszę życzenia.
Ernest Bryll
28 Listopada 2007
Odkrycie
No, proszę, niespodzianka, co można znaleźć o sobie w internecie.
24 Listopada 2007
Powrót
Dwa lata milczenia, to dużo. Wracam. Na początek nowy wiersz.
Przygotujcie się do Adwentu.
Pieśń Rekolekcji Adwentowych
Kiedy zbliża się Oczekiwanie
Niechaj przyjdzie dla nas pamiętanie
Na co wreszcie czekamy
Jeszcze dusze nie odeszły od Zaduszek
A już miasto w płomieniach reklam
I prezentów piramidy w sklepach
I gotowe od serca życzenia
Bo dziś trudno je spod serca wydobyć
Pełno ludzi do szczęścia gotowych
Wyznaczone śmiechy i uciechy
W tym zamęcie, cóż po Adwencie
Jacyś wierzą w Adwent. Czekają
I powoli się przybliżają
Też do siebie. Bo chcą iść za Gwiazdą
Ale teraz na ulicach jasno
Wszyscy razem osobni bezpiecznie
Więc wędrówki takie nieskuteczne
Jak podanie ręki. Podano
Przecież życie na świetlistych ekranach
I jak chcesz czekania – to myszką
Powolutku dziwne wieści naciskaj
Znajdziesz Szopkę z Gwiazdą u drzwi
Objaśnienie: Kiedyś tam szli
Bo Bóg zapłakał w kołysce
26 sierpnia 2005
List przed premierą sztuki
Dwadzieścia pięć lat temu, kończyłem Kolędę Nockę. Większa jej część
oparta była na wierszach, które powstawały w roku 78 i 79. Gdy mieszkałem
w bloku na Osiedlu Tysiąclecia w Katowicach. Niezmiernie ważny dla mnie
czas rozwoju - nie raz już o tym pisałem. Ale sztuka powstawała dla Teatru
Muzycznego w Gdyni, który gotów był zaryzykować wiele aby doprowadzić do
jej wystawienia. Dla Gdyni - miasta moich lat gimnazjalnych i licealnych,
gdzie znałem każdą ulicę. Gdzie żyli znajomi mi ludzie, którzy przeszli
przez wielką tragedię Krwawego Grudnia.
Wystawienie sztuki, a jej premiera miała odbyć się w rocznicę grudniowych
wydarzeń, zaczynało się w czasie pisania zbiegać z coraz silniejszymi strajkami
roku Solidarności. I tak Kolęda Nocka z muzyką Wojciecha Trzcińskiego i
w reżyserii Krzysztofa Bukowskiego w momencie premiery łączyła, przynajmniej
dla mnie, sprawy Gdyni, Śląska i wygranych strajków Solidarności. Nie mogę
odmówić sobie tego i przypomnę to jeszcze raz. Na sztukę tę w grudniu 80
roku przyszli przywódcy zwycięskich strajków. W Kolędzie Nocce była taka
scena: Ludziom poobcinano po jednym skrzydle. Nie mogli więc latać. Ale
zbierali się razem i ciężko ale skutecznie unosili się skrzydlatymi grupami
w górę. W finale sztuki część z nich z ogromnym łomotem spadała na ziemię.
Pamiętam, jak pani Anna Walentynowicz zapytała nas: Czemu? Przecież zwyciężyliśmy?
My coś tam bąkaliśmy.
Nowa sztuka w daleki sposób nawiązuje do tej sceny. Dlatego przez długi
czas na poboczu leżą te, zawadzające w urządzeniu wspomnieniowego muzeum,
kukły, ciała tych którzy spadli.
To ważny element dekoracji i chyba zostanie przez scenografię wyodrębniony.
Ale nowa sztuka (na razie daję jej tytuł "Przejście przez Morze") jest
o naszym dniu obecnym. Dzieje się w momencie ostatnich przygotowań do otwarcia
muzeum wspomnień tamtych lat. Dlatego niewiele, ale dotyka pieśni sytuacji
Kolędy Nocki. Bo ostatecznie sztuka ta stała się też fragmentem tego muzeum
wspomnień. Przecież parę pieśni, wierszy, a szczególnie Psalm stojących
"w kolejce" był rzeczywistością czasów, które nadeszły po tak zwanym (choć
bardzo nie lubię tej nazwy) Karnawale Solidarności. Dlaczego nie lubię
tej nazwy? No bo w karnawałowych igraszkach wszyscy kryją się za maskami.
Dlaczego tytuł Przejście przez Morze?
Nie raz porównywano tamten czas do biblijnej opowieści przekroczenia
Morza Czerwonego. I nawet w obecnych rozmowach tej metafory się używa.
Sztukę obecną, którą pozwalam sobie w Internecie zaprezentować, napisałem
odpowiadając na oczekiwania dzisiejszego zespołu Teatru Muzycznego w Gdyni.
Skończyłem ją już w czerwcu 2005 roku, czyli nawet wcześniej niż poprzednią
z roku 1980. Ale premiera jej, jak mówi teatr, ma mieć miejsce w
styczniu, lutym 2006. Teraz trwają wszędzie przygotowania wzniosłej rocznicy.
Szanuję tę rocznicę i chyba pytanie jakie sobie zadaję w sztuce byłoby...
Zresztą
jeśli chcecie sami przeczytajcie. Oczywiście jest to tylko tekst, słowo. W realizacji teatralnej dochodzi
do tego osobowość twórcy muzyki. W przypadku tej sztuki jest to Zygmunt
Konieczny i udział jego w tym przedsięwzięciu to dla mnie zaszczyt. Jest
i reżyser, ale choć omawiałem tę sprawę z dyrektorem teatru, tu wolę kart
nie odkrywać Przypuszczam, że praca za chwilę się zacznie.
Jeśli chcecie zacznijcie od przeczytania wiersza napisanego 19 marca
1987 roku. Przejście przez Morze. Jest w tym wierszu coś z mimowiednej
przepowiedni (tak jak ze spadaniem lecących ludzi w sztuce granej w grudniu
1980 roku). Poeci (nawet takiej sobie miary) mają często dziwne przeczucia.
I tak przecie dwadzieścia osiem lat temu, drukując w podziemnych powielaczowych
wydawnictwach wiersze, myślałem że gorzko pytam siebie o czas najbliższy.
Okazało się, że tytuł nadaje się i do sztuki napisanej dzisiaj w 2005 roku.
Dlatego będę prosił teatr aby stał się ten wiersz jakby mottem otwierającym
spektakl. A może realizatorzy wymyślą dla niego inne miejsce. Ale powinien
być jak motto. Bo tak jest.
Ernest Bryll sierpień 2005
Przejście przez Morze Wiersz napisany 19.III .87.
To było takie łatwe. Skinęliśmy dłonią
I rozdarł się na dwoje transparent czerwony
Strzępki fali wsiąkały w piasek. Wolna droga
Więc ruszyliśmy. Pieśnią chwaląc Boga
Morze czekało
Nad nami dyszało
Jakby rozcięte aż do rdzenia ciało
I od zaduchu tych fal zatrzymanych
Pochód się słaniał. Kołował pijany
Ktoś krzyknął - myśmy żywcem pogrzebani!
To było takie łatwe gdyśmy wstępowali
Wystarczała modlitwa. Teraz niewiadomo
Czy nas rozdarta czerwień jak powódź obali
Kto z nas zawróci do Niewoli Domu
Kto z nas zapomni gdzieśmy wędrowali
Kto pójdzie dalej?
Długo nie pisałem i nawet teraz nie wiem jak pisać. Było przynajmniej
u mnie tak. Najpierw miałem wrażenie, że jestem jak wielu atakowany zmasowanymi
wiadomościami o olbrzymiej fali korupcji, złodziejstwa, przestępstw we
wszystkich dziedzinach życia. Nie zwykłem się już przejmować doniesieniami
z polityki ale atmosfera była przygnębiająca. Do tego przychodziły do mnie
listy "przedwyborcze" ze wszystkich opcji. Każdy list mówił o zapaści myśli
i uczciwości w parlamencie, rządzie, sądownictwie, policji. Czyli wedle
klasycznej reguły podziału we władzach ustawodawczych, wykonawczych i w
wymiarze sprawiedliwości. Chyba jeszcze nigdy tak zmasowanego ataku nie
było. Niby wszystko po staremu, ale ten krzyk wzmagał się i żądał abym
coś zrobił. Co? A poparł znów jakąś opcję, która miała swój udział w tym
właśnie co się działo. Jakimś magicznym sposobem nowe przetasowanie starych
kart miało dać niezwykłe moralne odrodzenie.
Potem w nieszczęściu przyszły na szczęście Smutne i Wielkie
dni. Niespodziewana fala wielkości i dobroci ludzi, którzy byli przy umieraniu
Jana Pawła II. Nikt na to nie był przygotowany. Tysiące młodych, którzy
byli w czasie tej ostatniej pielgrzymki papieskiej gdzie ON był z nami
chociaż przecież być po ziemsku nie mógł. Tłumy zaprzeczające gadaniom
o tym, że pielgrzymki papieskie stają się bardziej folklorystyczną imprezą,
jakimś narodowym jarmarko-odpustem gdzie ludzie przepychają się aby tylko
uczestniczyć.
Największa moim zdaniem pielgrzymka papieska od czasów tej pierwszej
kiedy usłyszeliśmy zapominane już ponoć przez Polaków słowa "Niech zstąpi
Duch Twój i odnowi oblicze tej ziemi".
Mnóstwo ludzi młodych (teraz już nazwanych pokoleniem JPII),
wykształconych, energicznych, nowoczesnych. Znów zaskoczenie bo niby w
takich zgromadzeniach powinna przeważać ta mitycznie przywoływana Polska
pielgrzymkowa. Nie umiejąca się znaleźć w nowoczesnym świecie, tradycyjna,
zakompleksiona. Ci co znają pielgrzymki wiedzą, że te obiegowe opinie są
nieprawdziwe, ale tu te tłumy na placach zaskakiwały nawet i polski kościół
- ten codzienny, powiedziałbym nawet biurokratyczny. No bo jakże niezwykłą
metaforą było to, iż wierni budząc zaspanych proboszczów - dobijali się
do drzwi kościołów aby być razem. W dobie telewizorów plazmowych, przychodzili
na place miast - przecież nie po to aby gapić się na telebimy. Przecież
u siebie, we własnych domach i na kanapach byłoby im wygodniej. Nie, to
było twarde i niezwykłe współuczestnictwo w nabożeństwie.
Tłumy idące do komunii świętej. Też zaskoczenie, bo pamiętam
ten widok, gdy tylko jeden ksiądz od strony Placu Teatralnego rozdawał
komunię świętą tysiącom wiernych (o tym, że na narodowej mszy świętej modlili
się ludzie także na Placu Teatralnym, jakoś wtedy zapomniano).
Zdziwienie i zaskoczenie obcokrajowców - nawet katolickich księży,
którzy z trudem rozumieli niezwykłość tego co się dzieje.
I płacz, i poczucie wielkiej siły. I jak w najlepszych dniach
tamtej pierwszej pielgrzymki wspinanie się na palcach aby być lepszym,
aby mieć marzenie, siłę. Piękna była Warszawa jak piękna bywa w te dni
kiedy przestaje wisieć nad nią mgła biurokratycznej polityki.
I tak to krótko trwało...
Chociaż przecie pamięć tych dni zostaje w nas. Jak i została
dawniej przymulona a jednak pamięć, tej pielgrzymki pierwszej. Obudzenia
społecznego.
Teraz? Tak samo? Inaczej?
Teraz przypomnę jeden swój wiersz. Kiedyś był nawet piosenką.
Śpiewała ją Danusia Rinn. Niedobrze, że wiersz pasuje do dni naszego dzisiaj.
Znów czysty nurt idący przez nasz kraj przebija się w mule, grzęzawiskach.
Kiedy otworzy się źródło? Kiedy napijemy się w dobrej chwili i będziemy
podnosić się aby być lepsi niż jesteśmy a nie kulić się aby być gorsi?
Za ten strach w sobie
Winy i długi
Znowu biegniemy
Oskarżać drugich
Znów biegniemy
My skundleni
Przypłaszczeni
Do samej ziemi
Po co nam siebie
Z grzechów spowiadać
Można wiatr chwycić
Znowu ujadać
Można szczekać
Z buty swojej
Patrzeć, czekać
Czy ktoś się boi
Lepiej jest gonić
Niż być gonionym
Trzeba odważnie
Merdać ogonem
Nic nie gadać
Zamknąć oczy
I ujadać
W dzień i w nocy
Deszcz krew obmyje
Świat się nie zawali
Byśmy wytrwali
I szczekali
I czekali
I służyli
I wierzyli
Czy pobiegniemy
Znów skundleni
Przypłaszczeni
Do samej ziemi
Czy wstaniemy
Czy upadniemy
Czy jak pies zbity
Zawyjemy